IV ROK. Głębokie cierpienie egzystencjalne.

Piszę do Was jako kapłan, ale też jako ktoś, kto od wielu lat siada naprzeciwko ludzi mówiących: „Nie widzę sensu dalszego życia”. Zajmuję się suicydologią – nauką o tym, dlaczego człowiek traci wolę życia i jak można mu pomóc ją odzyskać. Powiem Wam coś, co być może zabrzmi zaskakująco: żadne szkolenie, żadna teoria psychologiczna nie jest w stanie dokładnie przekazać, jak głębokie potrafi być ludzkie cierpienie egzystencjalne. Ono nie mieści się w statystykach. Mieści się w oczach człowieka, który mówi: „Nic dobrego już mnie nie spotka. Moje życie jest złamane i nie da się go naprawić”.

Cierpienie, które nie boli w ciele

Istnieje rodzaj bólu, którego nie widać na zdjęciu rentgenowskim. Nie ma dla niego bandaża ani zastrzyku. To ból duszy – poczucie, że życie się nie udało, że przyszłość jest pusta, że nawet jeśli pozornie „wszystko jest w porządku”, to wewnątrz panuje rozpacz. Psychologia nazywa to czasem „bólem psychicznym” (psychache) – bólem tak dotkliwym, że człowiek gotów jest zrobić wszystko, by go zakończyć, nawet za cenę własnego życia.

Kościół od zawsze znał ten rodzaj cierpienia, choć nazywał go inaczej – acedią, smutkiem duchowym, nocą ciemną duszy. Święty Jan od Krzyża i święta Teresa z Ávila opisywali stany, w których dusza czuje się opuszczona nawet przez Boga. Matka Teresa z Kalkuty, w swoich prywatnych zapiskach opublikowanych po śmierci, wyznała dziesięciolecia doświadczania podobnej pustki – a przecież była kobietą świętości, która niosła Chrystusa tysiącom umierających. Cierpienie egzystencjalne nie jest oznaką słabej wiary ani karą za grzech. Jest częścią ludzkiego losu, który Bóg zna z bliska – bo sam Jego Syn na krzyżu zawołał: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mt 27,46).

Dlaczego tak wielu ludzi nosi w sobie to poczucie złamania?

Jako suicydolog wielokrotnie wracałem myślą do tego samego źródła. Bardzo często korzenie głębokiej rozpaczy sięgają domu rodzinnego. Dziecko, które nie doświadczyło bezwarunkowej miłości, które słyszało więcej krytyki niż czułości, które musiało zasługiwać na akceptację zamiast po prostu być kochane – takie dziecko wyrasta z raną w samym centrum swojej tożsamości. Rana ta mówi: „Nie jestem wart miłości. Coś ze mną jest nie tak”.

To przekonanie, zaszczepione we wczesnym dzieciństwie, potrafi towarzyszyć człowiekowi przez dziesięciolecia, nawet gdy z zewnątrz jego życie wygląda na udane. Można mieć wykształcenie, karierę, rodzinę – i nadal nosić w sobie dziecko, które czeka, aż ktoś w końcu powie: „Jesteś kochany takim, jaki jesteś”. Kiedy tej miłości zabrakło u źródła, człowiek często szuka jej substytutów – w pracy, w uznaniu innych, w posiadaniu – i wciąż czuje się pusty, bo żaden z tych substytutów nie sięga tam, gdzie sięga prawdziwa miłość.

Tu dotykamy sedna sprawy, o którym chcę powiedzieć otwarcie: żadne dobra materialne, żaden dobrobyt, żaden sukces nie są w stanie zaspokoić najgłębszego głodu ludzkiego serca. Widziałem to wielokrotnie – ludzi, którzy mieli wszystko w sensie doczesnym, a mimo to przychodzili z pytaniem: „Po co ja właściwie żyję?”. Święty Augustyn napisał to najprościej: „Niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie”. To nie jest tylko pobożna metafora. 

Jesteśmy istotami cielesno-duchowymi

Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina prawdę, którą świat próbuje dziś zapomnieć: człowiek nie jest wyłącznie ciałem biologicznym, mechanizmem do nakarmienia, ubrania i zabawienia. Człowiek jest jednością ciała i duszy, istotą stworzoną „na obraz i podobieństwo Boże” (Rdz 1, 27), noszącą w sobie tęsknotę za Kimś większym niż ona sama.

Kiedy tę duchową część człowieka się zaniedbuje – kiedy dziecko, młody człowiek, dorosły wzrasta w środowisku czysto materialistycznym, gdzie liczy się tylko to, co widzialne i wymierne – ta duchowa tęsknota nie znika. Ona się wykrzywia. Zamienia się w pustkę, którą człowiek próbuje wypełnić czymkolwiek: pracą do granic wyczerpania, uzależnieniami, pogonią za akceptacją, a czasem – w najcięższych przypadkach – myślą, że skoro nic nie wypełnia tej pustki, to może lepiej, żeby jej wcale nie było, razem z życiem, które ją nosi.

To dlatego religijność – rozumiana nie jako zewnętrzny rytuał, ale jako żywa relacja z Bogiem – nie jest dodatkiem do zdrowego rozwoju człowieka, lecz jego integralną częścią. Człowiek pozbawiony odniesienia do transcendencji jest jak roślina pozbawiona światła: może przez jakiś czas wegetować dzięki innym zasobom, ale w końcu więdnie od środka. Współczesne badania nad zdrowiem psychicznym – choćby te dotyczące roli sensu życia w prewencji myśli samobójczych – potwierdzają to, co Kościół głosił od dwóch tysięcy lat: człowiek potrzebuje sensu, a najgłębszy sens znajduje w Bogu.

Kiedy wydaje się, że nic dobrego już nie nadejdzie

Rozpacz ma to do siebie, że zamyka horyzont. Człowiek w niej pogrążony patrzy na przeszłość i widzi tylko porażki, patrzy na przyszłość i widzi tylko ciemność. To złudzenie – bolesne, realnie odczuwane, ale jednak złudzenie, bo przyszłość Boża zawsze pozostaje otwarta, nawet gdy ludzkie oczy jej nie widzą.

Warto tu przywołać słowa proroka Jeremiasza, wypowiedziane do ludu w niewoli, w sytuacji pozornie beznadziejnej: „Jestem bowiem świadomy zamiarów, jakie mam co do was […] zamiarów pełnych pokoju, a nie zguby, by zapewnić wam przyszłość, jakiej oczekujecie” (Jr 29,11). Bóg mówi to nie do ludzi w łatwej sytuacji, ale do wygnańców, do złamanych, do tych, którzy stracili dom i nadzieję. To jest Bóg, który nie porzuca człowieka w jego najciemniejszej godzinie.

Jezus Chrystus sam przeszedł przez noc absolutnej samotności w Ogrodzie Oliwnym, przez upokorzenie, przez śmierć – po to, by żaden człowiek, który czuje, że jego życie jest złamane, nie musiał już nigdy mówić: „Nikt tego nie rozumie, nikt tam nie był”. On tam był. I zmartwychwstał. To jest sedno naszej wiary: że po najciemniejszej nocy przychodzi poranek, którego nikt się nie spodziewał.

Ta nowenna, którą się modlimy, ma wymiar wynagradzający – ale wynagrodzenie w duchu chrześcijańskim nigdy nie jest samym tylko żalem za grzechy. Jest aktywną miłością, która chce naprawiać to, co zostało zranione. Modlitwa bez czynu byłaby niepełna; czyn bez modlitwy szybko traci siłę. Dlatego chciałbym rozwinąć to, co konkretnie możemy zrobić – zarówno wobec innych, jak i wobec samych siebie, jeśli to my nosimy w sobie ten głęboki ból.

1. Jeśli to Ty doświadczasz tego cierpienia

Jeżeli czytając ten tekst rozpoznajesz w sobie tę rozpacz, to najpierw chcę Ci powiedzieć wprost: nie jesteś “słaby w wierze” przez to, że tak cierpisz. To, co czujesz, jest realne i zasługuje na to, by potraktować je poważnie – nie umniejszać, nie tłumić, nie wstydzić się go.

  • Nie zostawaj sam z tą ciemnością. Rozpacz karmi się izolacją. Powiedz choć jednej osobie – zaufanemu księdzu, przyjacielowi, terapeucie, lekarzowi – co naprawdę czujesz. Wypowiedziany ból traci część swojej władzy nad nami.
  • Szukaj pomocy specjalistycznej bez poczucia winy. Skorzystanie z pomocy psychologa czy psychiatry nie jest brakiem wiary – jest odpowiedzialnym korzystaniem z rozumu i wiedzy, którymi Bóg obdarzył ludzkość właśnie po to, byśmy się nimi posługiwali.
  • Nie oceniaj swojego życia w najciemniejszym momencie. Decyzje podjęte w rozpaczy widzą rzeczywistość przez soczewkę bólu. Daj sobie czas – nawet jeden dzień, nawet jedną godzinę więcej – zanim uwierzysz, że Twoja sytuacja jest bez wyjścia.
  • Wróć – choćby po latach przerwy – do prostej modlitwy. Nie musi być to od razu długa rozmowa z Bogiem. Czasem wystarczy jedno zdanie: „Panie, nie czuję Cię, ale wierzę, że tu jesteś. Pomóż mi”. Sam Chrystus na krzyżu modlił się słowami Psalmu 22, zaczynającego się od poczucia opuszczenia, a kończącego się uwielbieniem – Bóg spotyka nas dokładnie tam, gdzie jesteśmy, także w kryzysie.
  • Pamiętaj, że sakramenty – spowiedź, Eucharystia – nie są nagrodą dla ludzi „bez problemów”, lecz lekarstwem właśnie dla zranionych. Nie czekaj, aż poczujesz się „gotowy duchowo”. Przyjdź taki, jaki jesteś.

2. Jeśli widzisz to cierpienie u kogoś bliskiego

  • Traktuj każdy sygnał poważnie. Zdania w rodzaju „nie mam po co żyć”, „wszystkim byłoby lepiej beze mnie”, „chciałbym po prostu zniknąć” nigdy nie są przesadą do zignorowania. Zapytaj wprost, spokojnie i bez oceniania: „Czy myślisz czasem o odebraniu sobie życia?”. Takie pytanie nie „podsuwa pomysłu” – wręcz przeciwnie, otwiera przestrzeń do szczerości i pokazuje, że komuś na tej osobie zależy.
  • Słuchaj więcej, niż mówisz. Człowiek w rozpaczy rzadko potrzebuje gotowych recept czy pouczeń w stylu „powinieneś się modlić” albo „inni mają gorzej”. Potrzebuje poczucia, że ktoś naprawdę go słyszy, bez pośpiechu i bez chęci natychmiastowego „naprawienia” go.
  • Bądź obecny w sposób praktyczny. Telefon, wspólny spacer, odwiedziny, wspólny posiłek – małe gesty wierności potrafią znaczyć więcej niż najpiękniejsze słowa.
  • Nie zostawiaj tego wyłącznie sobie. Jeśli widzisz realne zagrożenie życia bliskiej osoby, nie próbuj radzić sobie z tym w pojedynkę – zaangażuj rodzinę, specjalistów, w sytuacji kryzysowej także służby ratunkowe. Miłość czasem oznacza szukanie pomocy, której sami nie jesteśmy w stanie udzielić.
  • Bądźmy dla innych – zwłaszcza dla dzieci i młodych ludzi w naszych rodzinach – źródłem miłości bezwarunkowej, niezależnej od osiągnięć. To najskuteczniejsza forma profilaktyki, jaką znam: dziecko, które od najmłodszych lat wie, że jest kochane niezależnie od ocen, sukcesów czy porażek, buduje w sobie fundament, na którym później może oprzeć się nawet w najtrudniejszych chwilach dorosłego życia.
  • Wskazujmy drugiemu człowiekowi, że jego wartość nie zależy od tego, co posiada czy osiąga, lecz od tego, że jest umiłowanym dzieckiem Bożym – powtarzajmy to nie tylko słowami, ale sposobem, w jaki na niego patrzymy i jak go traktujemy na co dzień.

3. Jako wspólnota wierzących

  • Twórzmy w naszych parafiach i rodzinach kulturę, w której o cierpieniu psychicznym można mówić otwarcie, bez wstydu i tabu, tak jak mówimy o chorobach ciała.
  • Módlmy się konkretnie – w tej nowennie, ale i poza nią – za osoby w kryzysie egzystencjalnym, za rodziny zranione brakiem miłości, za tych, którzy już odeszli w rozpaczy, i za tych, którzy zostali po nich pogrążeni w żalu.
  • Wspierajmy inicjatywy duszpasterskie i charytatywne, które łączą pomoc duchową z profesjonalną pomocą psychologiczną – bo prawdziwa troska o człowieka obejmuje całą jego osobę: ciało, psychikę i ducha.
  • Bądźmy Kościołem, który nie osądza, lecz towarzyszy – pamiętając, że Chrystus nie omijał cierpiących, lecz siadał przy nich, jadł z nimi, płakał nad grobem przyjaciela (J 11,35). To ma być również nasza droga.

Modlitwa

Panie Jezu, Ty, który w Ogrodzie Oliwnym doświadczyłeś lęku i ciemności większej niż jakiekolwiek ludzkie serce, spójrz na wszystkich, którzy dziś czują, że ich życie jest złamane i pozbawione nadziei. Naucz nas być dla nich znakiem Twojej bezwarunkowej miłości. Ulecz rany zadane brakiem miłości w rodzinnych domach. Przypomnij każdemu zranionemu sercu, że jest cielesno-duchową istotą, stworzoną do komunii z Tobą, a nie tylko do przetrwania w świecie rzeczy. Amen.

Uwaga duszpasterska: jeśli podczas lektury ktoś rozpoznaje w sobie myśli samobójcze, zachęcamy do niezwłocznego kontaktu z telefonem zaufania (116 123 – Telefon Zaufania dla Osób Dorosłych w Kryzysie Emocjonalnym). Pamiętaj, że modlitwa i wsparcie duchowe nie zastępują pomocy profesjonalnej, lecz są jej cennym uzupełnieniem.

ks. Tomasz Marek Trzaska