Żyjemy w świecie, w którym wszystko próbuje się relatywizować. Również podstawowe pojęcia jak prawda i dobro. Tymczasem istnieje obiektywna prawda
i obiektywne dobro. Problem w tym, że aby rozstrzygnąć co jest obiektywnie prawdą i dobrem trzeba posiadać prawdziwą wiedzę i jednoznaczny system wartości. Hierarchię wartości.
Najważniejsza prawda o człowieku to wiedza kim jest i co ma w życiu robić. Pierwsze to niezaprzeczalny fakt, że jest stworzeniem. Dla wierzących stworzeniem Bożym, dla niewierzących stworzeniem powstałym …jakoś, przez przypadek? Człowiek jako stworzenie jest obiektywnie jakiś, ma swoją naturę. Do czegoś jest stworzony
i powołany. Gdy to rozpozna i będzie żył w zgodzie ze swą człowieczą naturą
(w czystości) i będzie robił to do czego jest powołany będzie prawdziwie (w prawdzie) sobą, będzie obiektywnie szczęśliwy. Póki działa zgodnie ze swoją naturą, dzieje się dobro. Gdy zaczyna działać sprzecznie ze swą człowieczą naturą (w sposób wynaturzony) dzieje się zło. Zatem podstawowym zadaniem każdego człowieka jest odkrycie kim jest i do czego jest powołany. Jednak człowiek nie musi sam tego odkrywać ponieważ powiedział mu to sam Bóg Stwórca poprzez Pismo Święte
i Dekalog. Kościół katolicki od dwóch tysięcy lat uczy jaki jest zamysł Boga względem człowieka, co jest dla niego dobre a co złe (grzech). Natura ludzka jest opisana bardzo precyzyjnie przez Stwórcę w przykazaniu: Będziesz miłował Pana Boga swego ze wszystkich sił swoich z całego serca swego a bliźniego swego jak siebie samego. W tym zdaniu zawarta jest najważniejsza prawda o człowieku. Jest stworzony z miłości i do miłości. Przy czym miłość należy rozumieć jako bezinteresowny dar z siebie samego. Inna definicja miłości to: dawanie dobra drugiemu. Działanie z miłości jest zawsze dobrem (dar z siebie) a działanie sprzeczne z miłością jest zawsze złem. Stwórca dodatkowo szerzej opisał naturę człowieka
w Dekalogu. Trzy pierwsze przykazania opisują prawidłową relację miłości ze Stwórcą a siedem następnych opisuje prawidłową relację miłości do ludzi. Tak więc ludzie wierzący mają ułatwioną sytuację, ponieważ mają bardzo precyzyjny „przepis”
na rozpoznawanie dobra od zła. Dobro jest zgodne z Dekalogiem a zło sprzeczne
(np. zgodnie z przykazaniem „nie zabijaj” zabijanie zawsze będzie złem i w żadnych okolicznościach nie może stać się dobrem.)
A co z niewierzącymi? Oni chcąc być szczęśliwymi powinni uczciwie i sumiennie szukać prawdy. Wielka święta, Benedykta od Krzyża (filozof Edyta Stein) powiedziała: Każdy kto uczciwie szuka prawdy znajdzie Boga. Niewierzącymi pozostają tylko
ci, którzy nie szukają uczciwie prawdy. Badając cud stworzenia trzeba dojść
do pokornego padnięcia na kolana przed Stwórcą. To nie przypadek, że sporo ponad dziewięćdziesiąt procent największych naukowców XX wieku wierzyło w Boga. Wielu z nich startowało w życie z pozycji niewierzącego, lecz poznawanie cudownej struktury świata rzucało ich na kolana przed Stwórcą tegoż świata.
Tak więc wszystko wydaje się być jasne i proste. Niby tak, ale… Ojciec kłamstwa bazując na pysze człowieka, niestety z powodzeniem, wmawia człowiekowi,
że nie jest stworzeniem tylko kreatorem! Już Ewa w Raju dała się nabrać na szatański szept: „będziecie jako bogowie”. Człowiek, który uwierzy , że jest kreatorem sam próbuje ustalać prawdę i dobro. Przynosi to skutki opłakane i to w sensie dosłownym. Czyni to na własną zgubę i przyczynia się do zagłady ludzkości. Człowiek tak szatańsko oszukany wierzy, że sam może ustalić kim jest. Ba, może nawet zmieniać obiektywną rzeczywistość własnej płci (mężczyzna może „stać się” kobietą a kobieta mężczyzną!!). Może (a przynajmniej tak mu się wydaje) zmieniać przykazania Boże. I czyni to w przestrzeni publicznej w ramach sprawowanej władzy. Tragicznym przykładem może być „prawo do aborcji” (czyli morderstwa nienarodzonego dziecka na polecenie matki – naturalnej opiekunki, często za aprobatą a nawet z nakazu ojca dziecka – naturalnego obrońcy, dokonanego przez lekarza, którego misją jest ratowanie życia). Zaiste diabelskie to „prawo”. Ono w świetle prawa Bożego zawsze będzie nielegalne (bo jest sprzeczne z prawem naturalnym,
jest wynaturzeniem!) Takiego prawa żadnemu wierzącemu, a ściślej uczciwemu człowiekowi wypełniać nie wolno. Szaleństwo walki z Bogiem i Jego przykazaniami osiągnęło taki rozmiar, że ponad 90% parlamentarzystów Francji orzekło, że „prawo do aborcji” jest tak ważne, że należy je wpisać do konstytucji Francji.
Jednak człowiek wierzący nie ma żadnego problemu z rozpoznaniem dobra od zła. Owszem może mieć problem z wyborem trudnego dobra i odrzuceniem kuszącego zła, ze względu na naturę człowieka skażoną grzechem pierworodnym oraz niedostatecznym ukształtowaniem własnej woli. Jednak z rozpoznaniem dobra
i zła człowiek wierzący nie ma żadnego problemu. Problem wolnej woli człowieka jest osobnym, bardzo ważnym zagadnieniem. Zadaniem każdego człowieka jest samowychowanie, które dzięki trudowi, dobrowolnej ascezie i ostatecznie dzięki łasce powinno doprowadzić do pełnej wolności wewnętrznej. Takiej wolności, że człowiek zawsze potrafi opowiedzieć się za dobrem bez względu na bolesne konsekwencje. Ostatecznie nawet (gdy trzeba) za cenę życia. Taki człowiek potrafi również zawsze odrzucić każde zło, nawet jawiące się jako bardzo atrakcyjne, przyjemne. Podtrzymywanie takiej doskonałej wolności wewnętrznej jest możliwe tylko dzięki stałej pracy nad sobą i ciągłego korzystania z łask sakramentalnych, z pomocy „odgórnej”. Taka wolność oparta o Bożą hierarchię wartości jest po prostu świętością. Świętość daje największe szczęście jakie można osiągnąć na ziemi i jest jednocześnie gwarantem zbawienia a więc wiecznego szczęścia w niebie.
Przepis na szczęście jest prosty jednak wykonanie jego jest trudne. Na siły ludzkie
za trudne, lecz z pomocą łaski możliwe.
Rodzi się pytanie dlaczego tak dużo młodych (i nie tylko) kompletnie gubi się w życiu. Znajomy ksiądz z bólem opowiada, że na katechezie (a więc dzieci z rodzin wierzących) w VI klasie czyli wśród 12-13 latków wszystkie dziewczynki jednoznacznie opowiadają się za aborcją. W dyskusji bronią prawa do niej uzasadniając to wolnością i prawem człowieka (!). Same to wymyśliły?
Niestety świat wielkich mediów, masowa kultura, moda, lansowani celebryci prezentują jako nowoczesność już nie tylko bezbożność, ale głoszą i stanowią „prawa” będącej w jawnej sprzeczności z Dekalogiem. Prawa sprzeczne z człowieczą naturą pociągają ludzi do wynaturzeń i w efekcie do zniszczenia szczęścia już tu na ziemi
(nie mówiąc o wieczności). Dlaczego? Świat, który sam siebie nazywa cywilizowanym i nowoczesnym odszedł od swoich korzeni, od Cywilizacji Łacińskiej (Rzymskie prawo, Greckie kanony i etyka Chrześcijańska). Terenem szczególnego ataku jest katolicka etyka seksualna wytyczona przez papieża Pawła VI w Encyklice Humanae Vitae (1968r). Warto nadmienić, że ogromny wpływ na powstanie tego dokumentu miał Kardynał Karol Wojtyła. (Późniejszy papież Jan Paweł II.) Encyklika ta jednoznacznie potępia wszelkie aktywności seksualne poza małżeństwem (cudzołóstwo
– rozwiązłość), wszystkie formy antykoncepcji, aborcję i często wynikające z nich rozwody. Świat, sam siebie mianujący nowoczesnym, wściekle atakuje tę encyklikę gloryfikując antykoncepcję, aborcję i wszelkie przejawy rozwiązłości seksualnej. Wręcz nadaje nadnaturalne uprawnienia i zapewnia ochronę (również prawną by mogły bezkarnie działać) grupom jawnie reklamującym rozwiązłość seksualną. Naczelną ideą rewolucji seksualnej było oddzielenie przyjemności seksualnej od przekazywania życia w małżeństwie i rodzinie. Swoiste „uwolnienie seksu” od jakichkolwiek norm moralnych i od… płodności. To oczywiście kieruje świat ku samozagładzie.
W takim klimacie wychowują się nasze dzieci. Oddychają zatrutym powietrzem, pływają w zatrutej wodzie. Pytanie czy skazane są na zagładę? Nie! Kto powinien obronić nasze dzieci? Przede wszystkim Rodzina, ale także Kościół i szkoła. Zdemoralizowany świat robi wszystko by rozbić rodziny, osłabić autorytet Kościoła
a szkołę wykorzystać do programowej demoralizacji naszych dzieci. Jednak dom rodzinny i Rodzice są podstawowymi wychowawcami odpowiedzialnymi za rozwój
ich dzieci. Nikt ich z tego obowiązku zwolnić nie może. Pierwszym naturalnym obowiązkiem rodziców jest wychowanie dzieci w wierze, w duchu prawdziwych wartości i uodpornienie ich na negatywne i niestety wszechobecne ataki świata antywartości. Świata, który Jan Paweł II określał mianem cywilizacji śmierci. Rodzina jest pierwszym i podstawowym terenem kształtowania postaw i osobowości swoich dzieci. Dobra rodzina, a w szczególności dobra relacja dziecka z przyzwoitym ojcem (to potwierdzają wszystkie badania) może nawet w skrajnie niszczących warunkach zewnętrznych wychować ludzi dobrych, mądrych i … świętych. Dobra rodzina powinna dać każdemu dziecku czułą i troskliwą miłość mamy, prawdziwej kobiety (niezastąpiona zwłaszcza na początku życia) odpowiedzialną i uczącą odpowiedzialności, miłość taty, mężczyzny z krwi i kości (waga jej rośnie z wiekiem dziecka), dającą poczucie bezpieczeństwa i tym samym umożliwiającą normalny rozwój miłość pomiędzy rodzicami, będącymi sakramentalnymi małżonkami, (miłość stabilną, wierną, dozgonną) i wreszcie wiarę w nieodwołalną miłość Boga.
Gdy dziecko uwierzy, że jest kochane przez samego Boga Stwórcę do szaleństwa krzyża, gdy uwierzy, że gdyby było jedynym człowiekiem na ziemi to Chrystus z miłości do niego tak samo umarłby na krzyżu, to to dziecko nigdy nie utraci poczucia sensu życia, bo wie, że jest kochane. Człowiek, który myśli, że nikt go nie kocha traci ochotę do życia. Często popełnia samobójstwo. To tragedia ludzi niewierzących, którzy odbierają sobie życie myśląc, że nikt ich nie kocha. Biedni nie wiedzą, że są kochani do szaleństwa przez samego Boga.
Dzieci wychowane w atmosferze miłości w katolickich rodzinach już w bardzo młodym wieku osiągają dojrzałość, której nie osiąga obecnie większość tak zwanych „dorosłych” (mówi się, że człowiek dojrzewa z wiekiem. Niestety dla wielu jest to… wieko trumny).
Przykładowo św. Dominik Savio, (dziś m.in. patron ministrantów) przeżył niespełna 15 lat, ale dojrzał do tego by powiedzieć: „Maryjo, ofiaruję Ci swoje serce. Spraw,
aby zawsze było twoim. Jezu i Maryjo bądźcie zawsze moimi przyjaciółmi. Błagam Was, abym raczej umarł, niż bym miał przez nieszczęście popełnić choć jeden grzech.” Ten chłopiec zobaczywszy pismo pornograficzne w rękach kolegi wyrwał mu je i podarł na oczach obecnych…
Inny przykład bł. Laura Vicuña (dziś patronka rozbitych małżeństw) przeżyła niespełna 13 lat, ale dojrzała do tego by ofiarować swoje życie za nawrócenie matki. Ofiara została przyjęta a matka przy łożu śmierci córki dowiedziawszy się o złożonej Bogu w jej intencji ofierze obiecała nawrócenie i uporządkowanie życia. Matka bowiem po śmierci męża związała się z konkubentem, który ciężko pobił Laurę za stanowcze przeciwstawienie jego seksualnym zapędom…
Podobne przykłady młodych ludzi, którzy osiągnęli ponad przeciętną dojrzałość można by mnożyć. Choćby św. Stanisław Kostka (18) lat, bł. Karolina Kózkówna (16 lat)
czy współczesny św. Carlo Akutis (15 lat) …
Wszystkich ich cechowało umiłowanie Boga i Maryi od wczesnego dzieciństwa. Myślę, że to najważniejsza praktyczna wskazówka dla współczesnych rodziców
i wychowawców. Przy czym najsilniejszym narzędziem oddziaływania jest przykład wiary i własnego życia. Bowiem do wartości trzeba pociągać a nie popychać. Wartościami trzeba wychowanków zachwycić by zmierzanie do nich stało
się przedmiotem ich marzeń. Marzenia bowiem są motorem aktywności w życiu człowieka. Znane powiedzenie francuskiego generała, że: wojsko jest jak makaron trzeba je ciągnąc a nie pchać jest bardzo aktualne w wychowaniu dzieci. Przy czym dzieci nie da się oszukać, bo są zbyt bystrymi obserwatorami. Żadne udawanie
nie wchodzi w rachubę. Ilustruje to anegdotka jak to dziecko dostało dwa razy lanie
po zakończeniu roku szkolnego. Raz jak pokazało tacie świadectwo. Drugi raz jak tato się zorientował, że to było jego stare świadectwo…
Obecnie często dorośli narzekają na „dzisiejszą młodzież”. Rodzice narzekają
na własne dzieci powtarzając bezmyślnie „małe dzieci mały kłopot duże dzieci duży kłopot”. Na co to dowód? Na nie wypełnienie przez rodziców planu Boga. W Jego założeniu dzieci powinny być do końca życia powodem do nieustającej radości, dumy i szczęścia płynącego z całożyciowych więzów miłości. Dzieci dobrze wychowane
są takim dożywotnim źródłem szczęścia dla swoich rodziców.
Zamiast narzekać na młodzież, że jest nie szanująca rodziców i ich świata wartości, wulgarna, agresywna, rozwydrzona, egoistyczna, pijąca, ćpająca, rozwiązła seksualnie, bezbożna, samookaleczająca się… może warto spytać o przyczynę.
A może po prostu jest biedna, bo nie dostała tego co jej się od rodziców i świata należało? Może po prostu młodzi ludzie nie czują się kochani i ich „złe” zachowania są jednym wielkim krzykiem o miłość?
Dać miłość to znaczy dać swój czas. Błogosławiony Stefan Kardynał Wyszyński mówił: ludzie mówią czas to pieniądz a ja wam mówię czas to miłość. Czy z miłością, a więc bezinteresownie i z poświeceniem, oddajemy dzieciom swój czas? Przeciętny ojciec w Polsce podobno (badania) spędza 7 minut tygodniowo z dziećmi a poświęca ponad 4 godziny dziennie mediom elektronicznym. Z rozmysłem użyłem słów „spędza”
i „poświęca”. Tymczasem dzieciom powinno się czas poświęcać nawet wyrywając
go sobie „z gardła” a z mediami elektronicznymi w razie konieczności spędzać. Według kryterium Kardynała Wyszyńskiego przeciętny Polak media elektronicznie kocha prawie 300 razy bardziej niż wszystkie swoje dzieci.
Czy dzieci pozbawione należnej im miłości muszą się w życiu pogubić? Nie, po stokroć nie! Dostały od Boga przymioty stwórcze: rozum i wolę. Używając rozumu, kształtując wolę i… korzystając z łask sakramentalnych człowiek może powstać z najgorszych upadków, z samego dna. Przykładem może być Święta Maria Magdalena, Święty Augustyn i wielu, wielu innych.
Dla ilustracji posłużę się przykładem z życia, tu i teraz. Mama urodziła Janusza
i nie przytuliwszy go nawet oddała do domu małego dziecka, z którego przeszedł
do domu dziecka. Mimo długich kolejek małżeństw czekających na adopcję Janusz
do adopcji nie był zakwalifikowany. Mama Janusza raz w miesiącu dzwoniła do portiera i nie pytając o syna żądała by zapisano w zeszycie, że dzwoniła. Dla sądu był to dowód, że interesuje się synem więc tylko ograniczył jej prawa rodzicielskie, ale nie odebrał. Tak więc ewentualna adopcja Janusza była zablokowana. Janusz do dorosłości spędził życie w domu dziecka, który nazywał więzieniem. Socjalistyczny dom dziecka był otoczony murem, za który nie wolno było wychodzić. Szkoła podstawowa była
na terenie „więzienia” a nauczyciele przychodzili z miasta. Wychowywany (czy może raczej hodowany) był bez żadnych zasad. O Bogu wiedział tylko tyle, że jest to stek bzdur dla oszołomów i ciemniaków. Matkę widział dwa razy w życiu. Raz trzeźwą
a raz pijaną. Nie miał z nią żadnej więzi emocjonalnej a mówił o niej: „kobieta, która mnie urodziła”. Kto był ojcem nawet mama do końca nie wiedziała… Skrajna patologia.
Czy taki Janusz ma jakąkolwiek szansę na uczciwe życie? Jaka byłaby jego wina gdyby stoczył się na samo dno? Opowiem co się z nim stało. Jako jedyne dziecko
w szkole przykładał się do nauki, był bystry. Jako jedyny po ośmioklasowej podstawówce poszedł do liceum. Pozostali mieli przysposobienie zawodowe
na terenie „więzienia”. Dostał przepustkę na miasto. We wrześniu spytano go czy będzie chodził na katechezę. Kate… co? Nie znał takiego słowa. Jak się dowiedział
o co chodzi to postanowił w tym „cyrku” uczestniczyć. Poszedł pośmiać się z tych bzdur a poza tym miał dłuższą przepustkę z „więzienia”. Trafił na młodego, ale bardzo mądrego i konsekwentnego księdza katechetę. Nie reagował na prowokacje Janusza ale zaczął mu stawiać mądre pytania. Janusz podjął rzuconą rękawicę. Efekt? W ciągu czterech lat liceum ochrzcił się, przygotował do spowiedzi i komunii świętej,
do bierzmowania. Nawrócił się do bólu. Nie rozstawał się z Pismem Świętym, które znał na wyrywki. Po maturze poszedł na pięcioletnie magisterskie studia teologiczne by dowiedzieć się czegoś więcej o Bogu. W czasie tych studiów podjął dwuletnie Studium Rodziny by dowiedzieć się czegoś o rodzinie, którą pragnął założyć.
Tam się spotkaliśmy. Pytał o wszystko i wszystko notował. Po zajęciach rozmawiałem
z nim wielokrotnie. Przykładowo: siedzimy na wprost siebie na szerokość ławki szkolonej patrzy mi w oczy. Długopis przygotowany. Wiem, że zapisze każde słowo. Pyta: wyobraźmy sobie, że jestem ojcem rodziny. Wracam po pracy do domu. Przekraczam próg. Co dalej? On nigdy tego nie widział! Po studiach wyjechał dość daleko. Straciliśmy kontakt. Po około dziesięciu latach wpada na mnie na ulicy
w Poznaniu. Przedstawia się. Oczywiście takich ludzi się nie zapomina. Rozpoznałem od razu. Recytuje: jestem szczęśliwym człowiekiem, jestem szczęśliwym mężczyzną, jestem szczęśliwym mężem, jestem szczęśliwym ojcem trójki dzieci. I dalej: żona pracuje w domu z dziećmi, bo małe dzieci potrzebują matki 24 godziny na dobę. Dzieci są szczęśliwe i rozwijają się dobrze. Żona jest szczęśliwa. Ja jestem jedynym żywicielem rodziny (mówi to z wyraźną dumą), jestem szczęśliwy.
Można? Można! Dedykuję tę historię wszystkim, którzy bez swojej winy mieli trudne dzieciństwo, i niestety rozsiadają się w swojej biedzie i pozwalają sobie na bylejakość w życiu (mają przecież alibi).
Sukces Janusza wynikał z głębokiego nawrócenia i nałożenie na siebie niezwykłego reżimu pracy nad sobą. Tak, uczciwe samowychowanie wsparte modlitwą i częstym korzystaniem z łask sakramentalnych są kluczem do wygrania życia każdego człowieka bez względu na to jak bardzo się zagubił. Każdy dopóki żyje może
się nawrócić i zmierzać ku własnej świętości. W przypadku człowieka nie musi obowiązywać powiedzenie: „niedaleko pada jabłko od jabłoni”. Jak widać
na przykładzie Janusza człowiek może bardzo daleko i to w górę wyrosnąć ponad warunki w jakich spędził dzieciństwo. Jednak obowiązuje inna mądrość życiowa zawarta w powiedzeniu: „Pan Bóg żałującemu wybacza zawsze, człowiek czasem lecz natura nigdy”. Tak wszystkie zawinione i niezawinione wykroczenia przeciwko własnej naturze (grzechy) człowiek będzie musiał w pocie czoła i na kolanach odpokutować. Tak więc nie opłaca się ani chwili dłużej trwać w grzechu tylko natychmiast powstawać zaczynając od spowiedzi.
Problem mają ludzie niewierzący, którzy odeszli od Boga lub nigdy do Niego
nie przyszli. Doświadczenie uczy, że ci właśnie ludzie mają problemy z odróżnieniem dobra od zła. Zaczynają wierzyć sprytnie lansowanym kłamliwym ideologiom zła i topią się w cywilizacji śmierci. Gubią się w świecie wartości i w konsekwencji w życiu. Ulegając ideologii hedonizmu bez opamiętania gonią za przyjemnościami nawet dosłownie po trupach swoich rodzonych choć nienarodzonych dzieci. Ufając ideologii indywidualizmu wierzą, że można osiągnąć szczęście bez miłości. Bez miłości
do Boga i do ludzi. Wizja taka jest obiektywnie fałszywa, sprzeczna z naturą człowieka czyli wynaturzona. Dobrowolnie idą na zagładę kierując się fałszywymi wzorcami
np.: Piotrusia Pana, Playboya, geja, singielka z wyboru…
Przyjemności i spełnianie swoich (nierzadko wynaturzonych) planów (samorealizacja) i marzeń nazywają szczęściem a do prawdziwego szczęścia… nigdy nie dochodzą. Czują się szczęśliwi ale obiektywnie szczęśliwi nie są. Bowiem nie można być szczęśliwym bez miłości do Boga i ludzi. Co gorsza niestety często, ulegając podszeptom szatana, jawne zło nazywają dobrem i… kompletnie gubią się w życiu. Tracą wolność do wyboru dobra i odrzucania zła choćby dlatego, że mylą te pojęcia. Nierzadko kierują się mentalnością Kalego z książki „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza: Jak Kali ukraść krowę to dobrze, ale jak Kalemu ukraść krowę to źle. Tak postępujący jako ludzie się degradują a często nawet degenerują.
Ludzie niewierzący teoretycznie też mogliby prawdziwie rozpoznać naturę człowieka (zapisaną w Dekalogu) i żyć w zgodzie z nią. Jednak nie mając jasnych wytycznych jakie daje Pismo Święte, wiara i opisująca zamysł Boga Nauka Kościoła Katolickiego a przede wszystkim nie mając dostępu do łask sakramentalnych, są w dużo trudniejszej sytuacji. Tak, może być bardzo uczciwy niewierzący, lecz pełni możliwości przeżycia szczęścia, czyli świętości bez łaski się nie da osiągnąć. Łaska Boża jest
do zbawienia koniecznie potrzebna.
Trzeba zatem życzyć wszystkim niewierzącym by uczciwie szukali prawdy i by przez to znaleźli Boga. By odzyskali naturalną zdolność odróżniania dobra od zła dzięki dobrze ukształtowanemu sumieniu. By nawróceni korzystali obficie z łask sakramentalnych i znaleźli szczęście prawdziwe. Wówczas nie będą mieli trudności
z odróżnieniem dobra od zła. Co daj im Panie Boże. Amen.
Jacek Pulikowski
