Po grzechu pierworodnym każdemu z nas przeszłość trochę ciąży. W przypadku niektórych ludzi ich przeszłość jest aż tak bolesna, że prowadzi do głębokiego smutku, do depresji, do bolesnego poczucia winy lub krzywdy, do utraty nadziei i do rozpaczy. Przeszłość ciąży nam wtedy, gdy ktoś nas krzywdził zamiast kochać, gdy daliśmy się uwikłać w jakieś zło czy gdy to my krzywdziliśmy innych ludzi, albo gdy – jak syn marnotrawny – krzywdziliśmy samych siebie. Biblia wyjaśnia, że jedynym dojrzałym sposobem na zamknięcie przeszłości, która boli, jest przebaczenie i pojednanie, a pierwszym krokiem w tym procesie powinno być pojednanie z Bogiem: „W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem!” (2 Kor 5, 20).
Pojednanie z Bogiem
Każdy z nas, począwszy od dzieci i młodzieży, potrzebuje najpierw pojednania z Bogiem. To nie przypadek, że znaczna część chrześcijan myśli, iż to Bóg zsyła nam krzyże, cierpienia, choroby, uzależnienia czy inne bolesne sytuacje. Łatwiej jest nam bowiem pogodzić się z myślą, że to, co bolesne, pochodzi od Boga niż uznać, że sami sobie wyrządzamy krzywdę, lub że krzywdzi nas małżonek, rodzic, syn czy córka, narzeczony czy narzeczona, serdeczny przyjaciel, albo bliski kolega czy koleżanka. Dopóki przypisujemy Bogu winę za to, co bardzo boli nas samych czy naszych bliskich, dopóty nie jesteśmy z Bogiem pojednani. Syn Boży pozwolił się przybić do krzyża dlatego, że pragnął być ostatnim ukrzyżowanym w historii ludzkości. Chciał, byśmy wzruszeni Jego aż tak ofiarną miłością, odtąd nie krzywdzili już nikogo i żebyśmy już przez nikogo nie byli krzywdzeni.
Kto już odkrył to, że Bóg jest miłością, ten wie, że to nie Bóg nam w czymś zawinił, lecz że to człowiek jest winowajcą w relacji z Bogiem. To nie my mamy coś Bogu do przebaczenia, lecz to Bóg ma wiele do przebaczenia każdemu z nas. Pierwszym warunkiem pojednania z Bogiem jest uznanie faktu, że to nie Bóg zsyła nam krzyże, lecz że to my, ludzie, krzyżujemy niewinnego Boga. Zaczynamy jednać się z Bogiem wtedy, gdy już nie mamy wątpliwości co do tego, że Bóg jest naprawdę niewinny. Od Niego pochodzi jedynie prawda, miłość i radość.
Pojednać się z Bogiem, to uznać, że wszystko to, co w moim życiu i w życiu innych ludzi jest bolesne, nie pochodzi od Niego. To odkryć, że od mojego poczęcia Bóg wziął mnie z miłością w swoje ramiona i że czyni wszystko, by każdy z nas od dzieciństwa wzrastał w łasce i mądrości u Boga i u ludzi. Jedna się z Bogiem ten, kto już wie, że Bóg strzeże nas przed krzyżami i cierpieniami, a nie je nam zsyła. On wskazuje nam drogę błogosławieństwa i życia, bo chce, żeby Jego radość była w nas i żeby ta Jego radość w nas była pełna (por. J 15, 11). Pojednać się z Bogiem to odkryć, że On kocha nas mocniej i mądrzej niż byśmy byli w stanie sobie to wymarzyć. Pojednać się z Bogiem to być już pewnym, że Bóg był przy nas i kochał nas także w tych sytuacjach, w których z jakichś względów byliśmy przekonani, że nas nie kochał, że o nas zapomniał, albo że mógł nam pomagać bardziej niż to czynił. Pojednać się z Bogiem to uświadomić sobie, że jeśli w jakimś okresie mojego życia wydawało mi się, że Bóg za mało okazywał mi swoją miłość, to przyczyna takiego odczucia leżała po mojej stronie lub po stronie tych ludzi, którzy mnie krzywdzili zamiast kochać, bo nie słuchali Boga.
Pojednać się z Bogiem to nie tylko uświadomić sobie, że to nie On jest odpowiedzialny za zło i cierpienie w moim życiu, lecz to także uznać, że Stwórca ma we wszystkim rację, że wszystkie Jego przykazania są słuszne, że one wszystkie – bez wyjątku! – są naszą mądrością i radością. To także uznać, że nawet Bogu nie jest łatwo kochać nas, grzesznych ludzi, którzy często nie umiemy kochać nawet samych siebie. Nie jest łatwo Bogu okazywać nam miłość, gdyż nierzadko obarczamy Go odpowiedzialnością za krzyże, które w rzeczywistości sami sobie nakładamy lub które nakładają nam inni ludzie, gdy nie słuchają Boga. Pojednać się z Bogiem to całkowicie ufać w Jego miłość i w Jego mądrość. To słuchać Boga w każdej sytuacji i za każdą cenę. To słuchać Go bardziej niż innych ludzi i niż samego siebie.
Niezawinione cierpienie…
Najtrudniej jest pojednać się z Bogiem tym, którzy w dzieciństwie byli – a czasem nadal są – dręczeni przez bliskich, na przykład przez rodziców uzależnionych od alkoholu. Równie trudno pojednać się z Bogiem tym, którzy widzą skrajnie bolesne, niezawinione cierpienie kogoś z bliskich czy znajomych, gdy w tragicznych okolicznościach stracili kogoś z rodziny, gdy borykają się z niezawinionymi przez siebie, a dotkliwymi trudnościami zdrowotnymi, psychicznymi, rodzinnymi czy społecznymi. W takiej sytuacji mogą ulec przekonaniu, że winą za ten stan należy obarczyć Boga, bo to On jest Stwórcą tego świata.
Bóg każdego z nas obdarzył prawdziwą wolnością. Jeśli wolności tej nie wykorzystujemy po to, żeby kochać i żeby stawać się coraz bardziej podobnymi do Boga, to wtedy w naszym życiu i w życiu naszych bliźnich pojawiają się krzyże i cierpienia. W pierwszym odruchu nawet wtedy mamy prawo wykrzykiwać: „Boże, za co mnie to spotkało? Dlaczego zesłałeś na mnie ten krzyż czy to cierpienie?” Ważne jest jednak, żeby po takim emocjonalnym odruchu buntu uświadomić sobie, że jedyne, co Bóg nam zsyła, to Jego wcielony Syn, czyli prawda, miłość i radość. Pojednanie z Bogiem w obliczu bolesnych tajemnic naszego życia polega na odkryciu, że Bóg rozumie nasz krzyk bólu i buntu oraz że z Jego pomocą jesteśmy w stanie być silniejszymi od każdego cierpienia. Człowiek pojednany z Bogiem nie boi się świadomości, że w przeszłości miał czasem – niesłusznie – żal do Boga. Teraz już wie, że to, co było czy jest bolesnego w jego życiu, nie pochodzi od Boga. Od Stwórcy pochodzi natomiast pomoc, byśmy pod wpływem krzyży i cierpień nie załamali się, lecz wyciągali mądre wnioski na tu i teraz.
Pojednanie z samym sobą
Pierwszym owocem pojednania z Bogiem jest przebaczenie sobie i pojednanie z samym sobą. Nie damy rady pojednać się z bliźnimi, jeśli żyjemy w konflikcie z samym sobą, siebie krzywdzimy, albo dla samych siebie jesteśmy okrutni. Kto nie jest pojednany ze sobą, temu życie jawi się jako niezrozumiały i nieznośny ciężar. Trudno cieszyć się własnym istnieniem wtedy, gdy mamy do siebie wielki i nieprzebaczony żal. Każdy z nas – niezależnie od wieku – potrzebuje pojednania z samym sobą z trzech ważnych powodów. Po pierwsze dlatego, że każdy z nas nie raz krzywdził i nadal krzywdzi siebie. Żadne zwierzę nie czyni. Żadne zwierzę nie doprowadzi siebie do uzależnień, do rozpaczy czy do samobójstwa. Jedynie człowiek potrafi wyrządzać szkodę samemu sobie. Dzieje się tak wtedy, gdy źle korzystamy z daru rozumności i wolności. Zamiast błogosławieństwa i życia wybieramy wtedy przekleństwo i śmierć. Krzywdzimy samych siebie na przykład wtedy, gdy prowadzimy niezdrowy tryb życia, gdy rezygnujemy z naszych ideałów i aspiracji, gdy łamiemy własne sumienie, gdy wpadamy w uzależnienia, gdy stajemy się niewolnikami grzechu, gdy oddalmy się od Boga czy od tych ludzi, którzy nas kochają. Wcześniej czy później żal do siebie odczuwa każdy, kto staje się marnotrawnym synem czy marnotrawną córką.
Potrzebujemy pojednania ze sobą nie tylko dlatego, że czasem krzywdzimy siebie, lecz również dlatego, że krzywdzimy innych ludzi. Zło, które wyrządzamy bliźnim, obciąża nasze sumienie i powraca do nas w postaci niemiłych, a czasem wręcz bolesnych konsekwencji. Zło wyrządzone przez nas innym ludziom, wcześniej czy później obraca się przeciw nam samym. Jeśli to zło jest poważne, to ogromnie nas niepokoi, niszczy więzi z bliskimi, przyjaciółmi i znajomymi, powoduje ogromne napięcia emocjonalne, natrętne myśli, poważne obawy o nasz los doczesny i wieczny. Nie jest łatwo żyć wtedy, gdy ktoś słusznie ma do nas głęboki żal, gdy przez nas gorzko płacze, gdy już nam nie ufa czy gdy musi wzywać na nas policję.
Po trzecie, każdy z nas potrzebuje pojednania z samym sobą dlatego, że przynajmniej czasami pozwala się krzywdzić przez innych ludzi. Jeśli ktoś krzywdził ich wtedy, gdy byliśmy małymi dziećmi, to możemy mieć żal wyłącznie do krzywdziciela, gdyż jako dzieci nie byliśmy w stanie skutecznie bronić się przed krzywdzicielem. Jeśli jednak krzywdzi nas ktoś wtedy, gdy jesteśmy już nastolatkami, albo dorosłym ludźmi, to oprócz żalu do krzywdziciela, czujemy też słuszny żal do samego siebie o to, że pozwalaliśmy się krzywdzić wtedy, gdy z pomocą Boga i Bożych ludzi bylibyśmy już w stanie skutecznie się bronić. Ten żal do samego siebie jest szczególnie bolesny wtedy, gdy pozwalaliśmy się krzywdzić długo i boleśnie, nie wyciągając wniosków i nie podejmując wysiłku, żeby tę sytuację zmienić.
Co mamy czynić z tym potrójnym żalem do siebie: o to, że siebie krzywdziliśmy, że krzywdziliśmy bliźnich i że pozwalaliśmy się krzywdzić wtedy, gdy mieli już szansę na obronę. Powinniśmy przebaczyć sobie minione błędy i grzechy, wyciągając z nich wnioski na tu i teraz, żeby do tych błędów czy grzechów już nigdy nie powracać! Pojednanie z samym sobą nie oznacza przyznania sobie racji. Pojednać się ze sobą nie znaczy też zaakceptować siebie takim, jakim jestem. Przeciwnie, punktem wyjścia w okazywaniu miłosierdzia samemu sobie jest uznanie, że wielokrotnie krzywdziłem bliźnich, że pozwalałem, by mnie ktoś krzywdził i że czasem krzywdziłem samego siebie. Tę prawdę o sobie przyjmuję do wiadomości z bólem, a nie z akceptacją, gdyż to, co przyjmuję z akceptacją, nie mam potrzeby zmieniać.
Przebaczyć sobie można jedynie złą przeszłość. Nie powinniśmy natomiast przebaczać sobie złej teraźniejszości. Jeśli tu i teraz nadal błądzę, to jedynym lekarstwem jest natychmiastowe nawrócenie. Trzeba zatem wystrzegać się dwóch błędnych i skrajnych postaw. Pierwsza skrajność polega na tym, że ktoś nie przebacza sobie błędów z przeszłości, mimo już się nawrócił. Ktoś taki jest okrutny dla samego siebie, gdyż zadręcza siebie i nie przyznaje sobie prawa do radości, mimo że tu i teraz postępuje szlachetnie. Jezus nie chce, żebyśmy siebie zadręczali, lecz żebyśmy się nawracali i urządzali sobie święto ocalenia tak, jak ojciec urządził święto ocalenia synowi marnotrawnemu natychmiast, gdy ten się nawrócił.
Druga – obok zadręczania siebie – skrajność to naiwne pobłażanie samemu sobie. Taka sytuacja ma miejsce wtedy, gdy ktoś przebacza sobie błędy z przeszłości, lecz nadal do nich powraca, czyli w dalszym ciągu krzywdzi siebie i bliźnich. Trzeba tłumaczyć katechizowanym, że nic mi to nie da, gdy sobie przebaczam, jeśli nadal czynię zło. Pozostaję wtedy na drodze przekleństwa i śmierci. Być mądrze miłosiernym w odniesieniu do samego siebie i dojrzale pojednać się ze sobą, to uczyć się na błędach z przeszłości i stawiać sobie twarde wymagania na dziś i jutro. To wymagać od siebie, żeby odtąd kierować się Dekalogiem, prawdą, miłością i odpowiedzialnością. To pamiętać, że Jezus chce, byśmy się nawracali, a nie byśmy siebie naiwnie rozgrzeszali i pocieszali, nadal czyniąc zło, bo wtedy nasz los byłby coraz bardziej bolesny. Najpierw zatem mamy się nawrócić i szlachetnie żyć w miłości tu i teraz, a dopiero na skutek takiej naszej przemiany możemy sobie przebaczyć najgorszą nawet przeszłość, pojednać się z samym sobą i doświadczyć Bożej radości (por. J 15, 11).
Co zrobić, gdy kogoś krzywdziłem?
Kto w dojrzały sposób pojednał się z Bogiem i z samym sobą, kto uznał własne grzechy przebaczył sobie zło popełnione w przeszłości, ten ma szansę pojednać się z tymi bliźnimi, których krzywdził. Gdy jestem krzywdzicielem, wtedy nie wolno mi pójść do krzywdzonej przeze mnie osoby i prosić ją, żeby mi przebaczyła. Taka postawa byłaby bowiem przejawem mojej arogancji oraz lekceważeniem zła, które wyrządziłem. Jeśli kogoś skrzywdziłem, to mam teraz stawiać twarde wymagania samemu sobie, a nie osobie, którą skrzywdziłem. Kroki, jakie mam wtedy wykonać, opisuje Jezus w przypowieści o dłużniku. Winowajca padł przed wierzycielem na kolana i opisał wielkość długu, jaki zaciągnął i jakiego nie spłacił. Przeprosił i uznał prawo wierzyciela do wymierzenia mu kary. Na końcu wyraził prośbę o to, by mógł cały dług zwrócić, ale w ratach. Wtedy – i ani sekundy wcześniej! – wierzyciel zupełnie zaskoczył dłużnika i cały dług mu darował (por. Mt 18, 21-27).
Jeśli kogoś skrzywdziłem, to powinienem się nawrócić, żeby tu i teraz być kimś uczciwym i kochać. Następnie powinienem z mojej inicjatywy pójść do osoby, którą krzywdziłem, ale nie po to, żeby ją prosić o przebaczenie, lecz po to, żeby z bólem opisać zło, którego się dopuściłem, żeby szczerze przeprosić i żeby zacząć wynagradzać. Jeśli pożyczyłem pieniądze, to oddaję. Jeśli okłamywałem, to mówię, jaka jest prawda. Jeśli stosowałem przemoc, to teraz okazuję życzliwość i serdeczność. Jeśli poniżałem, to teraz okazuję szacunek. Jeśli zadawałem cierpienie, to teraz wnoszę w życie tej osoby radość i poczucie bezpieczeństwa. Nie mam prawa prosić o przebaczenie dopóty, dopóki nie spełnię powyższych warunków.
Jeśli te warunki wypełnię, a bliźni mimo to nie będzie chciał mi przebaczyć i pojednać się ze mną, to ja i tak będę już na drodze nawrócenia i zbawienia. Jesteśmy odpowiedzialni za naszą postawę wobec skrzywdzonych przez nas osób, ale nie jesteśmy odpowiedzialni za ich reakcję na nasze nawrócenie, przeproszenie i zadośćuczynienie. Na końcu życia doczesnego Jezus nie spyta nas o to, czy przebaczyli nam ci, których skrzywdziliśmy, lecz jedynie o to, czy przestaliśmy krzywdzić, a zaczęliśmy kochać (por. Mt 25, 31-46).
Postawa wobec krzywdziciela
Wielu z nas doświadcza poważnych krzywd i zranień. Mężczyźni mają wtedy skłonność do tego, żeby się mścić czy odreagować krzywdę. Z kolei kobiety są skłonne do obarczania siebie odpowiedzialnością za zło, które ktoś im wyrządził. Jednym i drugim trzeba wyjaśniać te zasady postępowania wobec krzywdziciela, jakich uczy nas Jezus. Kto słucha Jezusa, temu nie grozi ani zemsta czy popadanie w okrucieństwo, ani niepotrzebne obwinianie samego siebie za winy innych osób.
Uczeń Chrystusa nie przestaje kochać krzywdziciela. Wie, że miłość jest bezwarunkowa i nieodwołalna. W żadnej sytuacji nie powinniśmy straszyć krzywdziciela, że przestaniemy go kochać. Nikogo nie należy szantażować wycofaniem miłości. Na nikim też nie wolno się nam mścić. Jako chrześcijanie, powinniśmy też przebaczyć w sercu krzywdzicielowi, jednak nic mu na razie o tym nie mówiąc. Jeśli mimo naszej miłości i tego, że nie odpłacamy złem za zło, krzywdziciel nie nawraca się i w dalszym ciągu próbuje nas krzywdzić, to tu i teraz powinniśmy się stanowczo bronić, żeby krzywdziciel nie zaciągał kolejnych win i nie brał sobie na sumienie jeszcze większych grzechów. W skrajnych sytuacjach mamy prawo wezwać policję czy skierować sprawę do sądu. Mamy prawo bronić się nawet przed małżonkiem, do separacji małżeńskiej włącznie. Taka separacja to miłość na odległość w sytuacji, gdy ten, kto ślubował miłość, boleśnie nas krzywdzi, zamiast kochać.
To, czy przebaczymy w sercu krzywdzicielowi, zależy od nas, od naszej więzi z Bogiem, od naszej dojrzałości i szlachetności. Natomiast to, czy to nasze przebaczenie zakomunikujemy krzywdzicielowi i czy dojdzie między nami do pojednania, nie zależy od nas, lecz od postawy krzywdziciela. Jedno i drugie może mieć miejsce dopiero wtedy, gdy winowajca przyjdzie do mnie z własnej inicjatywy, gdy opisze zło, które mi wyrządził, gdy szczerze przeprosi, gdy zacznie ofiarnie wynagradzać za zło, którego się dopuścił. Dopiero wtedy, gdy to wszystko uczyni, mogę w dojrzały sposób powiedzieć, że w sercu przebaczyłem mu już dawno. Komunikowanie przebaczenia komuś, kto nadal usiłuje mnie krzywdzić, czy kto nie uznał jeszcze swoich win, nie jest przejawem miłosierdzia, lecz naiwności i podporządkowania się krzywdzicielowi.
Jezus kochał także nieprzyjaciół i krzywdzicieli, a mimo to bronił się przed nimi. Nie chciał, żeby stawali się jeszcze większymi winowajcami. Nie pozwolił, żeby strącili Go ze skały tam, gdzie nauczał (por. Łk 4, 28-30). Ukrywał się przed tymi, którzy chcieli Go zabić (por. J 8,59; J 11,54). Bronił się przed Annaszem i Kajfaszem (por. Mk 14,62; J 18,19-21), a także przed Piłatem (por. J 18,33-38; J 19,11-12). Bronił się też przed żołnierzem, który Go uderzył w twarz (por. J 11,23). Obrona przed krzywdzicielem jest wyrazem naszej dojrzałej miłości, gdyż daje szansę na to, że ten, kto błądzi, nie stanie się jeszcze większym krzywdzicielem i że nie zaciągnie jeszcze większej winy. Przeciwnie, w obliczu naszej stanowczej obrony ma szansę zastanowić się, nawrócić i uratować przed potępieniem (por. Mt 26,64; Mk 14, 48-49). W postawie wobec samych siebie i wobec bliźnich powinniśmy naśladować Boga, który jest miłosierny, ale nigdy nie jest naiwny. Jeśli mylimy pojednanie z pobłażaniem złu, to jesteśmy niemiłosierni dla tych, którzy błądzą, bo ułatwiamy im trwanie złu.
Módlmy się o to, żebyśmy kierowali się światłem Ducha Świętego w zamykaniu bolesnej przeszłości. Módlmy się za nas, za naszych bliskich i wszystkich ochrzczonych, żebyśmy w dojrzały sposób pojednali się z Bogiem, sami ze sobą oraz z bliźnimi, bo tylko wtedy przeszłość nie będzie miała nad nami władzy.
ks. dr Marek Dziewiecki
